



Pewien gatunek orchidei (Orchidacea Fatalis) występującej w strefie umiarkowanej wykształcił niesamowitą cechę przystosowawczą. Otóż jej kwiaty nie posiadają pewnych barwników - karotenoidów nadających czerwone, różowe, itp. zabarwienie, tylko znikome ilości innego barwnika chlorofilowego nadającego kwiatom jasnozielony kolor. Skutkiem tego jest oczywiście brak zainteresowania ze strony owadzich amantów. Ale jest pewien motyl (Helioconius Melpomene) żyjący na tym samym obszarze co Orchidacea Fatalis, który ją dostrzega i z przyjemnością zasiada w jej kwiecie, a dokładnie na labellum czyli lądowisku w które każda orchidea jest wyposażona. Niestety tu przyjemność się kończy ponieważ labellum jest pokryte lepką substancją z którą nasz kolega już się nie rozstanie. Ale to nie wszystko. W tym lepidle rozpuszczone są pochodne cyjanidów, które paraliżują Helionicusa i już po chwili jego dusza znajduje się hen (zależy w co wierzy).
I tu nasuwa sie pytanie. Dlaczego natura wyposażyła orchideę w mechanizmy wytwarzające jakieś lepidła, trucizny zamiast spokojnie wytworzyć pewne ilości kartenoidów (pigmentu o którym już wspomniałem)? I dlaczego uśmierca Helionicusa - jedynego, który może roznieść pyłek i pomóc przetrwać gatunkowi?
Odpowiedź jest nastepująca. Motyl ten żyje dość krótko i siada gdzie popadnie, więc pożytek z niego marny. Ale po co zaraz robić z niego suszka, którego niejeden lepidopterolog chciałby mieć w ramce w duzym pokoju, dla ozdoby? Oczywiście. Helionicus posiada cudowne purpurowo-czarne zabarwienie zabarwienie, którego nasza orchidea nie byłaby w stanie wytworzyć we wszelkich kartenoidowo- chlorofilowo- jakiś kombinacjach i tylko wtedy jest w stanie zwabić pewien gatunek dalekozasiężnej lecz reagującej tylko na ostre bodźce wzrokowe pszczoły, która niesie pyłek O.F. dziesiatki kilometrów...
Cdn...
Zdjęcia: Olga Tokarczyk (dreadolka.wordpress.com)